Wymiana kulturowa czyli Erasmus – ŁOTWA

Czy warto wyjeżdżać na dłuższy czas do innego kraju? Rzucić wszystko co znamy, aby dryfować w stronę nieznanego i niepewnego?

Jednoznacznej odpowiedzi po prostu nie ma. Z tymi podróżami jest trochę tak jak z kuchnią – jedni wolą tradycyjne polskie potrawy, inni romansują z orientem, jeszcze inni do tradycyjnych polskich potraw dodają trochę zagranicznego pieprzu. Każdy styl jest inny, ale każdy całkiem smaczny. Dla mnie była to przygoda życia i z całą stanowczością mogę powiedzieć – Warto!

Zaczęło się niewinnie, trochę jak z randką w ciemno – od smsa. Pytanie i szybka odpowiedź. Jedziemy? Jedziemy! Na tym etapie nie wiedziałam jeszcze nic, nawet kraj w którym spędzę następne pół roku był jedną, wielką tajemnicą. Łotwa!

Łotwa? A dlaczego nie Hiszpania, Włochy, Turcja? Tam jest przecież ciepło, egzotycznie, dużo endorfin. Wyboru nie miałam wielkiego – Łotwa albo Niemcy. Wybrałam to pierwsze z wielką nadzieją, że nie będę żałować. I nie żałowałam. To był najlepszy wybór jakiego mogłam dokonać! 

Mijany niemal codziennie, w drodze do szkoły…

Ryga to piękne miasto, chociaż przy pierwszym poznaniu robi raczej skromne wrażenie. Byłam przekonana, że przypomina mi mój rodzinny Gdańsk. Te pierwsze spostrzeżenia prysły niczym bańka dopiero po dwóch miesiącach, gdy przyjrzałam się uliczkom nieco bliżej, głębiej i bardziej świadomie. Ryga jest tak niesamowitym, pięknym i oryginalnym miastem, że nie sposób porównywać go do żadnego innego. Wąskie uliczki, stare kamienice, wielki zegar w centrum z podświetlanym napisem ‚RYGA’, najlepsza, tania restauracja pod słońcem – LIDO, targ na którym można kupić świeże owoce i warzywa oraz Babuszki, nawołujące po łotewsku, żeby kupić akurat ICH produkty. Magia!

Napis na jednym z murów
Na Rydze jest dużo pustostanów. Oto, co kryją niektóre z nich…

Zakwaterowanie było dla mnie prawdziwą szkołą życia. Rozwalający się squat przy jednej z najdłuższych ulic na Rydze – Brivibas Iela. Drzwi można było otworzyć jednym kopnięciem, prysznic zlokalizowany był na środku pokoju, ogrzewanie grzało kiedy chciało, a nieszczelne okna przepuszczały mroźne powietrze. Cały domek trząsł się w rytm przejeżdżających za oknem tramwajów i ciężarówek. Ten mały koszmar dzisiaj wydaje mi się być jednym z najlepszych doświadczeń w moim życiu. Wspominam ten domek z drżącym sercem, marząc aby chociaż na weekend tam wrócić. A przecież nie mieliśmy nawet sprawnie działającej kuchenki…

Ale mieliśmy ludzi. To oni tworzyli klimat tego miejsca. Dwa pokoje rozdzielone małym korytarzykiem. Jeden należał do rodowitych Łotyszy, drugi do rodowitych Polek. Wymiana kulturowa dwadzieścia cztery godziny na dobę przez sześć miesięcy. Dzień w dzień, noc w noc. Czasami marzyłam, aby zamknąć się w swoim pokoju na cztery spusty i odciąć od wszelkich innych kultur, słuchając polskiego Chopina. Był jeden problem – ja nie miałam swojego pokoju. Ba! Nie mieliśmy nawet drzwi oddzielających kuchnię od pokoju w którym spałyśmy.

Najlepsze współlokatorki, jakie mogłam sobie wymarzyć. Dwie wariatki 🙂

Kilka groszy w portfelu i wrodzona kreatywność to podstawa, żeby przetrwać za granicą. Za pomocą kolorowych materiałów (są dostępne za grosze w osiedlowych second-handach) i żyłek rybackich – podzieliłyśmy jeden pokój na trzy. Stworzyłyśmy swoją własną intymność i prywatność za grosze. Muszę przyznać, że udało nam się stworzyć całkiem przytulny kącik. A co ciekawe – każda z nas stworzyła pokoik we własnych klimatach, zgodnie ze swoją osobowością. Nazwałabym to sztuką przetrwania i sztuką aranżacji wnętrz. Dziewczyny… spokojnie mogłybyśmy spróbować swoich sił w tej branży 🙂

W branży gastronomicznej również byśmy nie zginęły. Daria zainspirowała mnie do kuchni chińskiej oraz japońskiej. Nauczyłam się jeść pałeczkami, chociaż w akcie desperacji i wilczego głodu i tak wybiorę widelec. I wino! Muszę wspomnieć o naszym najnowszym wynalazku – podgrzewaczu do wina. Pewnej nocy, gdy naszła nas olbrzymia ochota na grzane wino, a kuchenka przestała działać – położyłyśmy garnek na lekkim podwyższeniu i podgrzewałyśmy małymi świeczkami. Efekt? Pyszne, grzane wino z przyprawami i owockami w naszych kubkach. Było przy tym sporo dobrej zabawy.

Tajemniczy obraz na drzwiach od toalety w jednym z pubów 🙂
A tutaj mieszkałam. Pięknie, prawda? 🙂 Był klimat…

Łotysze mają pyszny chleb. A właściwie to wiele gatunków pysznego chleba. Jest w czym wybierać i ja wybierałam. Chociaż na co dzień raczej stronię od chleba, tam z wrodzonej ciekawości próbowałam różnych gatunków.

Muszę wspomnieć o chlebku czosnkowym, bo jest to jeden z dodatków, których brakuje mi w Polsce. Łotewskie piwo w połączeniu z ciemnym plastrem chleba, smażonym w tłuszczu oraz nasączonym masłem czosnkowym – rewelacja! Łotysze lubią czosnek, tak jak ja, więc czułam się tam wyśmienicie.

Za mięsem nie przepadam, więc nie czułam specjalnie jego braku, ale jedna z naszych współlokatorek szalenie za nim tęskniła, poszukując dobrego okazu w miejscowych sklepach. Zawsze wracała zawiedziona, twierdząc że tęskni za polskim mięsem.

Wiele produktów na Łotwie to rzeczy importowane, np. z Polski. Jakieś było moje zdziwienie, gdy na półkach sklepowych odkryłam polski serek wiejski z polskimi etykietami. Wow! Patrze niżej, a tam polski jogurt, za chwilę polski soczek… i tak dalej. Gdy brakowało mi Polski, kupowałam polski produkt i byłam szczęśliwa. A w efekcie desperacji pocieszałam się Kinder Niespodzianką 🙂
Brama do Hogwartu, czyli Latvian Academy of Culture

Szkoła? Stary budynek w rosyjskiej dzielnicy (Tak, bardzo duża część populacji na Łotwie to Rosjanie. Stosunki pomiędzy jedną, a drugą grupą nazwałabym neutralnymi z lekkim nastawieniem negatywnym ;)). Latvian Academy of Culture to placówka, która kształci młodych miłośników kultury. W szkole znajduje się wydział filmowy, sekcja teatralna, baletowa oraz grupa miłośników nauki języka polskiego. I ta ostatnia zrobiła na mnie największe wrażenie.

Sala pełna polskich książek, na ścianach wiszą historyczne mapy naszego narodu a na półkach widać polskie filmy. Łotysze czytają psychoanalizę Freuda po polsku? Rozumieją kontekst Czterdziestolatka? Znają historię naszego narodu? Z lekkim wstydem, ale jeszcze większym podziwem muszę napisać, że odnajdują się w tym lepiej niż niejeden Polak. Co więcej, rodowici Łotysze radzili sobie z naszym językiem naprawdę nieźle. Jedno z ciekawszych doświadczeń kulturowych – rozmawiać z Łotyszami w języku polskim.

Co więcej, jako studentka kultury, byłam kulturalnie rozpieszczana. Z kulturową legitymacją studencką, mogłam odwiedzać Operę Narodową kiedy tylko chciałam – i to za darmo!
Bo każda wariatka ma w głowie kwiatka 🙂 Monia, najlepsza wariatka jaką znam 🙂

Podobno poznając nowy język oraz inną kulturę, otrzymujemy nową duszę. Moja dusza pozostała taka sama, ale jest bogatsza. Integracja kulturowa, samotne spacery, stawianie czoła problemom, dzielenie smutków i radości z osobami, które jeszcze kilka tygodni wcześniej były dla mnie zupełnie obce – to wszystko sprawia, że człowiek zaczyna się otwierać na innych ludzi i doceniać każdy dzień w którym wschodzi słońce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.