Grek, który uratował spokój mojego męża

Bywa i tak, że na swojej drodze spotykamy ludzi, którzy nieoczekiwanie ratują nam życie, a nawet nie pamiętamy ich imienia. Zdarzyło się tak w Grecji, na wyspie Skiathos. Bałam się tam płynąć, bo noc wcześniej, na sąsiedniej wyspie Skopelos załamała się pogoda, zalewając i niszcząc wszystko na swojej drodze. Mimo wszystko popłynęliśmy. To, co wydarzyło się dalej można przełożyć na scenariusz dreszczowca.Piękna pogoda, wyspa jak z obrazka. Mamy dwie godziny na zwiedzanie. Zjedliśmy obiad w lokalnej tawernie i wyruszyliśmy, aby zachwycać się wyspą. Uparłam się, żeby zobaczyć jeden z najmniejszych pasów startowych w Europie. Samoloty przelatują tam kilkanaście metrów nad głową ciekawskich gapiów. Takim właśnie gapiem chciałam się stać. W głębi ducha marzyłam nawet, żeby zostać lekko „zdmuchniętą” przez powiew startującego samolotu. Mamy godzinę do odpłynięcia statku. No to idziemy! Lotnisko znajduje się około 30 minut piechotą od centrum wyspy. Widzimy delikatnie ciemniejsze chmury kłębiące się za gęstym lasem. Hej przygodo!

Dochodzimy na miejsce, gdzie kończy się aglomeracja. Po naszej lewej – gęsty las, po prawej – Morze Egejskie, na wprost – rozciągająca się droga. Oprócz nas, na lądowanie oczekuje grupa czterech Anglików.  I nagle dramat. 3 burzowe fronty. Każdy z innej strony. Ja powoli szykuję się do ucieczki, w stronę centrum, z nadzieją spoglądając w chmury z których chciałam zobaczyć metaliczny błysk samolotu. Och, ja naiwna. Zamiast tego zobaczyłam błyski, z każdej strony, ale burzowe.

Zaczęło się. Minęło może 5 minut, a znaleźliśmy się w samym centrum trzech burzowych frontów, 3 metry od Morza Egejskiego na szczerym polu. Pioruny waliły z prawej i z lewej nad naszymi głowami. Ściana deszczu pozwalała na widoczność około 0,5 metra. Hej przygodo!

Lubię ryzyko, ale w takich momentach jestem panikarą. Oczyma czarnej wyobraźni widzę piorun uderzający w najbliższe drzewo, które spada akurat na mnie. Na co dzień spokojna, zaczynam kląć i błagać o jakiś ratunek. Obrywa się mężowi, bo tylko on, biedak jest w pobliżu. Spokojnie to znosi.

I nagle wybawienie! Jedzie samochód. Zatrzymuje się. Miły Grek, łamaną angielszczyzną zaprasza nas do środka. Chociaż zazwyczaj nie wsiadam do samochodu obcych osób, w tamtym momencie nie miało to znaczenia. Wchodzimy. Zalewamy mu całą tapicerkę, on mówi, żeby się nie przejmować. Pyta, gdzie nad podwieźć. Prosimy do centrum.

O tu, widzicie? Za jakieś 5 minut zrobi się tutaj rwąca rzeka. Nigdzie byście nie przeszli przez pół godziny – mówi.

Cudownie, moje zaufanie do tego obcego mężczyzny wzrasta do 100%. Dzięki niemu przeżyjemy i zdążymy na statek.  Jedziemy razem 15 minut. Rozmawiamy. Jest przyjezdny. Na co dzień mieszka w innej części Grecji. Na Skiathos przyjechał sezonowo, aby sobie dorobić. Zarobki są dobre, bo dużo turystów i napiwki.

Gdzie jest Wasz statek? – pyta.

Nie trzeba pod statek, wystarczy do centrum – odpowiadam.

Uparł się, że w takim deszczu nie wypuści nas w centrum. Podjechał na promenadę nadmorską, łamiąc przepisy i wysadzając nad 2 metry od wejścia na pokład. Ku zaskoczeniu samego kapitana, który czekał na nas z rozgrzewającą Metaxą. Dziękujemy. Kilkukrotnie powtarzam mu, że jestem wdzięczna i że karma wraca, więc na pewno ktoś, kiedyś mu się za to odwdzięczy. Wyskakujemy. Na koniec naszej przygody, piorun uderzył w taflę wody, nieopodal naszego statku. Porządnie nami zatrzęsło, a później zaczęło się rozjaśniać.

Cóż to za cudowne uczucie, gdy człowiek odzyskuje spokój ducha i bezpieczeństwo. A Greka będę pamiętać, chociaż nawet nie wiem, jak miał na imię. Dla takich spotkań warto ryzykować.

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.