Rozmawiaj, człowieku!

W pociągu wyhaczył mnie pewien pan. Przeciętny, elegancko ubrany, wiek około sześćdziesiątki. Zagadnął. Nieco nachalnie. I mówił tak przez godzinę, może dwie. O tym, że pracował jako fotograf. Że młodość gdzieś uciekła. Że nadal kocha żonę. Córka wybrała karierę. Wnuczka zdolna jak matka. I, że pociąg nie taki straszny. Miał duży głód rozmowy, więc dopadł ofiarę i delektował się po kawałeczku. Miał również szczęście, że trafił na kogoś komu akurat chciało się gadać. No to pogadaliśmy!

Rzadko zaczepiam kogoś obcego. Dość często bywam zaczepiana. O ile nie kapie mi deszcz na głowę, nie odczuwam głodu albo nie mam zwyczajnie gorszego dnia – wchodzę w to! Bo czemu nie? Zawsze można poznać ciekawą historię, zainspirować się albo po prostu pogadać. W ostateczności, można sprawić komuś przyjemność, ofiarując ten luksus bycia wysłuchanym.

Tak. Dzisiaj to luksus. 
(PWN: luksus «przyjemność, na którą można sobie rzadko pozwolić»)

Coś się stało z rozmowami. Szybkie, w biegu, rzucone mimochodem. Przez ramię albo z telefonem w ręku. Coraz ciężej poświęcić rozmówcy 100 proc. uwagi. Nawet w internecie, rozmawiając przez komunikatory, gdy otwartych mamy kilka okien. I gadamy (bo rozmową tego nazwać nie można) raz z jednym, raz z drugim. O trzecim zapominamy, rzucając „przepraszam, odczytałem, ale zapomniałem odpisać”. Mi również się zdarza zapomnieć. Wszak tyle bodźców dookoła. A gdy chcemy ugrać kilka pieczeni na jednym ogniu, otwieramy konwersacje grupowe. Tam się kręci, pisze jeden, pisze drugi. I myślimy, że rozmawiamy.

Lubię rozmawiać. Czasami czuję się jak dinozaur, ponieważ dzisiaj ciężko znaleźć partnera chętnego do inspirującej rozmowy (poza tymi, których już mam). Większość osób niestety skupia się na sobie podczas tych rozmów, co skutkuje tym, że druga strona czuje się niesłuchana. A przecież…

Każdy powinien mieć kogoś, z kim mógłby szczerze pomówić, bo choćby człowiek był nie wiadomo jak dzielny, czasami czuje się bardzo samotny / Ernest Hemingway

Pozytywne skutki głębokiej, niewymuszonej rozmowy poznałam na studiach socjologicznych, gdy kazano mi zrobić badania jakościowe. Tam zaopatrzyłam się w mój pierwszy dyktafon, który dzisiaj przydaje mi się w pracy dziennikarskiej i do tej pory (a minęło już prawie 10 lat) słyszał niejedno. Kilkaset nagrań na tym małym urządzeniu to zapis kilkuset rozmów z setką różnych osób. Tych z problemami i tych, którzy chociaż problemy mają to jednak nie chcieli się nimi podzielić. Osób nikomu nieznanych i tych z pierwszych stron gazet. Nie wszystkie rozmowy ujrzały światło dzienne. Jedne trwały dziesięć minut, inne kilka godzin. Niektóre były szybkie i bez polotu, inne dojrzałe i głębokie. Niektórych moich rozmówców już nie ma wśród nas, więc tym bardziej je doceniam.
Uwielbiam swoją pracę właśnie dlatego, że pozwala mi poznać interesujących partnerów do rozmowy. Gdy ta była dobra, zawsze czuję się uskrzydlona. Chociaż moja praca polega głównie na słuchaniu i zadawaniu pytań to jednak te kilkadziesiąt minut pozwala mi się zrelaksować lepiej niż podczas godziny intensywnych ćwiczeń na siłowni. Ba! Nawet endorfin wydziela się więcej. I mam wrażenie, że moi rozmówcy czują się dobrze. W końcu, ktoś ich słucha z zainteresowaniem. Nawet potrafi z tej rozmowy wyciągnąć zaskakujące wnioski.
Szkoda, że współcześnie sami pozbawiamy się tego, za czym później tęsknimy. Zakładamy portale społecznościowe, kolekcjonujemy kilkuset znajomych, aby później nie mieć ani czasu ani osoby do zwyczajnej rozmowy. A przecież ta jest niczym terapia, która rozwiązuje problemy. I na koniec cytat, który w czterech zdaniach oddaje to, co ja zawarłam w kilkudziesięciu.

Wszystko dałoby się rozwiązać, gdyby ludzie ze sobą rozmawiali. Tylko komunikowanie się za pomocą słów przynosi efekty. Milczenie rodzi milczenie, wreszcie pojawia się głucha cisza, która zalega jak beton / Åke Edwardson – Niebo to miejsce na ziemi

Amen.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.