Przebranżing – jak zmienić branżę, żeby nie bolało?

Dzisiaj będzie bardzo praktycznie i na podstawie moich własnych doświadczeń. Myślę, że jestem całkiem niezła w przebranżingu. Przebranżawiałam się aż trzy razy. Jak to zrobiłam? Czy mnie bolało? Jakie konsekwencje zmiany branży odczuwam do dziś? 

Są dwa sposoby zmiany branży, jakie znam:

a) radykalne cięcie (to może boleć)

b) stopniowanie (to też może boleć, ale trochę mniej)

Ja, za każdym razem otwierałam bramkę nr i wychodziło mi to bardzo naturalnie, bez planowania. Ale do rzeczy…

Jakie kroki warto podjąć przed zmianą branży?

1. Mapa myśli

Polecam każdemu, kto jeszcze się waha, czy zmieniać branżę, a jeżeli tak – to na jaką?

To narzędzie towarzyszy mi od czasów liceum. Już wtedy podskórnie czułam, że interesuje mnie zbyt wiele rzeczy, aby zdecydować się na jeden konkretny zawód. Odkryłam wówczas zbawienne działanie map myśli. Im bardziej kolorowe, tym lepiej (zapewniam Was, że kolory robią robotę). Mapa myśli to narzędzie, które pomaga Ci uporządkować chaos w głowie oraz zrozumieć, czego naprawdę chcesz. Btw… Narzędzie świetnie przydaje się do tworzenia bloga, kiedy przytłaczasz się ogromem kategorii i działów, zamiast skupić się na kilka najważniejszych. Ale dzisiaj nie o tym.

Jeżeli myślisz o zmianie branży, zrób taką mapę myśli/zainteresowań. Na środku napisz swoje imię, a wokół wszystkie zainteresowania oraz umiejętności. Następnie musisz je pogrupować i wrzucić do odpowiednio nazwanych „worków”. U mnie najwięcej słów było związanych z poznawaniem interesujących ludzi i dzieleniem się tym ze światem. Ten „worek” nazwałam – ludzkie historie. Na tym etapie już wiedziałam, że moja praca musi być związana z odkrywaniem historii i przekazywaniem ich dalej. Jakakolwiek by nie była, musi spełniać ten warunek.

Dzięki mapie myśli uporządkujesz myśli w głowie i upewnisz się, że decyzja, którą chcesz podjąć jest właściwa.

2. Skok na główkę vs stopniowe wchodzenie do wody – co wybrać?

Nie lubię radykalnych cięć, chociaż czasami byłam do nich zmuszona przez sytuację. Jeżeli tylko mogę, wybieram spokojne rozwiązania. I te będę polecać. Wiem, że Internet pełen jest historii, że ktoś rzucił wszystko z dnia na dzień i wyjechał w podróż życia, albo rzucił dobrze płatną pracę, założył blog i nie dość, że w końcu robi to, co kocha to jeszcze zarabia takie pieniądze, o jakich w korporacji mógłby tylko pomarzyć. To są piękne historie i uwielbiam je czytać, ale nie oszukujmy się – świat zna wiele przypadków osób, którym się nie udało. O nich rzadziej się pisze, bo może nie chcą przyznawać się do porażek. A może temat nie byłby aż tak klikalny.

Jeżeli nie masz zobowiązań w postaci – dziecka czy kredytu, w zasadzie niczego nie ryzykujesz. Najwyżej troszkę się poobijasz i wrócisz na „stare śmieci”. Jeżeli jednak Twoje życie już dawno przeskoczyło na wyższy level, lepiej wchodź do tej wody stopniowo. Doszkalaj się, chodź na kursy, świadcz nowe usługi jako freelancer albo zatrudnij się gdzieś na 1/4 etatu, a pracę aktualną skróć np. do 1/2. Jest wiele możliwości. Otwórz się na nie.

Zawsze musisz założyć, że może się nie udać. Warto mieć plan B. Jeżeli możesz tak zrobić, zostaw sobie otwartą furtkę do byłego pracodawcy. Może pójdzie Ci na rękę i możecie rozpocząć współpracę zdalną?

3. Miej pokorę i bądź świadomy/a

Bo zawsze może się nie udać i będziesz musiał/a tymczasowo porzucić swoje marzenia. Słowo TYMCZASOWO ma tutaj szczególne znaczenie, bo…

… nie wiadomo ile lat nam jeszcze pozostało, ale dopóki żyjemy, zawsze możemy dążyć do realizacji naszych marzeń. Nie uda się za pierwszym razem, może uda się za drugim albo za trzecim.

Pokora i świadomość są szczególnie ważne, bo przecież można obrazić się na cały świat i udawać, że droga, którą wybraliśmy jest świetna. Co z tego, że nie mamy środków do życia, na horyzoncie nie pojawiają się nowi klienci, a nam w domu odłączają prąd i Internet 🙂 A potem chwilówka na spłatę codziennych zobowiązań i wiadomo jak takie historie mogą się skończyć. Trzeba być świadomym, że na pewnym etapie nie ma sensu brnąć dalej w coś, co się nie sprawdza i z pokorą albo wrócić na etat, albo znaleźć pracę nie do końca spełniającą nasze oczekiwania. Obmyślanie planu B jest łatwiejsze, gdy mamy za co kupić chleb 🙂

A jak to było z moim przebranżowieniem?

Z wykształcenia jestem socjologiem, kulturoznawcą i dziennikarzem. Skłamałabym mówiąc, że z każdą z tych branż wiązałam swoją przyszłość. Socjologia nauczyła mnie, że człowiek jest interesującym obiektem rozważań naukowych i pozwoliła mi odkryć, że jestem stworzeniem ciekawskim, lubiącym analizować przeróżne problemy społeczne i zadawać nawet intymne pytania. Kulturoznawstwo pokazało mi, jak z tą ciekawością radzili sobie ludzie na przełomie wieków. Poznałam wówczas Freuda, Junga, a nawet Osho. Na dziennikarstwie odkryłam swoje powołanie do przeprowadzania wywiadów. Dzisiaj, pracuje jako dziennikarz i… filmowiec, wykorzystując wiedzę zdobytą na wszystkich trzech kierunkach studiów.

Przebranżawiałam się kilka razy. Moim pierwszym wyborem były naturalnie prace związane z Socjologią. Odbyłam nawet staż jako wychowawca więzienny. Podobało mi się to. Myślałam, że moim powołaniem jest resocjalizacja i praca z osobami wykluczonymi. Tutaj nastąpiło radykalne cięcie. Nie miałam żadnych zobowiązań, żyłam jeszcze pod ciepłym dachem rodziców, więc rzuciłam się w wir pracy dziennikarskiej. Nie zawsze opłacalnej, czasami wręcz darmowej. Tak, pracowałam za darmo, bo sprawiało mi to wielką przyjemność. Z biegiem czasu zaczęłam dostawać coraz więcej płatnych zleceń, aż w końcu założyłam własną firmę i zaczęłam za moje usługi dziennikarskie wystawiać faktury. I tutaj dochodzimy do momentu, w którym „dorobiłam” się pewnych zobowiązań. Wyprowadziłam się z domu rodziców i pracowałam już na własny rachunek. Kiedy zamarzyła mi się nowa branża, nie zrobiłam tego radykalnie. Zmiany wprowadzałam stopniowo. Nadal świadczyłam usługi dziennikarskie, jednocześnie angażując się w pracę filmową non profit. Płatne zlecenia filmowe napływały stopniowo. Trzy lata „przebranżingu” wystarczyły, aby film stał się jednym z głównych filarów mojej firmy.

Czy bolało?

Czasami tak. Chroniczne zmęczenie, brak czasu na życie prywatne, czasami bezsilność. Bywały dobre i złe momenty. Coś mi jednak nie pozwalało się zatrzymać. Dobrze, że czas mojej najbardziej intensywnej pracy, często po 24/h na dobę przypadł na czas jeszcze przed ukończeniem trzydziestki 😉 Szybciej mogłam się zregenerować. W każdym razie – ból nie był na tyle silny, aby mnie zatrzymać. Dzisiaj, nadal podejmuję nowe wyzwania, rozwijając zarówno siebie, jak i moją firmę. Kto wie, czym będę zajmowała się za kolejne 10 lat… 😉

_________

Kochani, mam nadzieję, że tekst nie tylko stanie się dla Was inspiracją, ale może nawet spowoduje, że uśmiechniecie się do monitora i Wasz dzień będzie trochę lepszy. Jeżeli macie do mnie pytania albo chcecie podzielić się swoją historią, zachęcam do pozostawiania komentarzy. Na każdy odpowiem.

Ps. Wiem, że słowo „przebranżing” nie istnieje, ale to mój blog, więc w tym miejscu mogę sobie pozwolić na bycie słowotwórcą 🙂

2 komentarze

  • krystynabozenna

    Dobre rady, krok po kroku nie zmieniajac gwałtownie swojego życia i branży.
    Też polecam takie zachowanie, bo jest bezpieczne i łatwiej się wycofać,
    gdyby coś poszło nie tak.
    Niestety trzeba to przeżyć samemu , aby zrozumieć 🙂

    • happylifestyle

      Myślę, że samo życie często pisze dla nas scenariusze. Nie ma jednego słusznego. Warto być świadomym i obserwować sytuacje. Niektórzy rzucają wszystko z dnia na dzień, a za tydzień znajdują pracę marzeń. Inni musza chwilę poczekać. Jeszcze inni muszą swoją pracę stworzyć sami. A zdarza się i tak, że trzeba wrócić do pracy, którą się rzuciło. That’s life! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.