Odpuść i otwórz się na nowe

O tym, że czasami warto odpuszczać przekonuję się nieustannie. Gdy odpuścisz A, nagle B staje się ciekawsze, wyraźniejsze, lepsze… Gdy odpuścisz jedno, na horyzoncie pojawia się drugie. I bardzo często to właśnie za tym drugim warto popłynąć, zamiast kurczowo trzymać się pierwszego. Takie życie.

Ile razy zdarzyło ci się namiętnie trzymać czegoś, co powoli już dogorywało? Ile razy zastanawiałeś/aś się nad tym, co by było gdyby…

Tak, ja też tak miałam. A często nadal mam, bo błądzić to rzecz ludzka. Zanim nauczyłam się odpuszczać, minęło sporo czasu. Musiałam przebrnąć przez tonę: lektur, filmów, spotkań z innymi ludźmi. Rany, jakie ja mam szczęście, że moja praca (jestem dziennikarzem) pozwala mi spotykać na swojej drodze fantastyczne osobowości, które nawet nie są świadome, jak wielki wpływ mają na moje życie.

Z czasem zrozumiałam, że pewnych rzeczy nie warto trzymać się kurczowo. Bo paradoksalnie, to właśnie wtedy pozbawiamy się bezpieczeństwa, na którym nam tak zależy.


Nie odpuszczamy, bo czujemy się bezpiecznie. A przecież bezpiecznie nie równa się spokojne i dobre. 

Nie odpuszczamy, bo boimy się zmian. A przecież bezsens nie równa się brak strachu.

Ot paradoks!


Nie odpuszczamy, bo nie chcemy czuć się źle, gdy już odpuścimy. A to właśnie trwanie w beznadziejnej sytuacji sprawia, że tak się czujemy. Karmimy się myślami o tym, co będzie, jak odpuścimy. I maglujemy je w głowie nieustannie. A jeżeli o czymś intensywnie myślimy, to tak właśnie czujemy.

W swoim życiu odpuszczałam już wiele razy. Jeżeli wiązało się to dla mnie z czymś bardzo ważnym, najpierw musiałam „przemielić” sytuację w głowie na tysiące sposobów. Proces „mielenia” był zdecydowanie mniej przyjemny niż to, co działo się po odpuszczeniu. Bo wtedy zawsze na horyzoncie pojawiały się inne możliwości. Lepsze, ciekawsze, bardziej intrygujące. Czasami życie samo zmuszało mnie do odpuszczenia, a wręcz odpuszczało wbrew mojej woli. Ileż ja się napłakałam, naprzeklinałam w duchu. A po kilku miesiącach byłam wdzięczna, że tak się stało.

Bo życie to zmiana, to ruch. Można spędzić je w bajorze, które chociaż trochę stęchłe to jednak bezpieczne. Można od czasu do czasu wymienić w nim wodę. To już coś! A można też wskoczyć do rwącej rzeki i poczuć wiatr we włosach, znany nam tylko z filmów. To się nazywa żyć pełną piersią!


Namieszałam? To przeczytaj jeszcze raz. To wszystko jest wbrew pozorom bardzo proste. A potem odpuść. I skup się na czymś przyjemnym… bo przecież o to w życiu chodzi.


I uśmiechnij się 🙂 Możesz też polubić mnie na Facebooku 🙂 Okienko po prawej stronie. Zajmie Ci to dwie sekundy, a zyskasz codzienną darmową inspirację.


 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.